Po okresie, kiedy polską dyskusję na temat Unii Europejskiej zdominował manichejski dualizm na rzekomo tych, którzy dążą do polexitu i tych, którzy bezrefleksyjnie zapatrzeni są w Unię uznając bezkrytycznie każdy jej pomysł za najlepszy, najbardziej demokratyczny i najbardziej praworządny przyszedł wreszcie czas na trzeźwą ocenę sytuacji i spróbowanie ustalić jakie są pryncypia polskiego stanowiska wobec UE i jej przyszłości.

Punktem wyjścia dla debaty powinno być przyjęcie, że zarówno straszenie polexitem nie mało wiele wspólnego z trzeźwą oceną sytuacji i było zabiegiem przede wszystkim  politycznym i retorycznym, jak i tego, że patrzenie na Unię bez uwzględniania polskiej racji stanu i bez kalkulowania polskich interesów w Unii jest absolutnym błędem. Oczywiście do aksjomatów wyznaczających ton i kierunek dyskusji należy dodać jeszcze jeden, mianowicie ten, że owszem geopolityka światowa podpowiada, że Polska w UE powinna pozostać, a sama Unia powinna być silna, ale zarazem, że to członkostwo nie może być bierne i sprowadzać Polski do roli klakiera pomysłów Berlina, Paryża i Brukseli, nawet jeśli są one od początku głupie. Dowodzi tego najlepiej polityka w sprawie migracji, którą ugrupowania prawicowe od początku krytykowały, co pozostałe partie uznawały za błąd i deklarowały poparcie dla planów Brukseli w sprawie relokacji i generalnie nielegalnej migracji. Obecnie jednak, same państwa narzucające ton dyskusji w sprawie migracji, tj. Niemcy i Francja, korygują swoją mało odpowiedzialną politykę,  uznając, że należy skończyć z metodą otwartych drzwi, co przekłada się na odpowiednie zmiany prawodawstwa krajowego. Okazuje się więc, że polskie stanowisko ani nie było takim błędem, ani nie było antyeuropejskie czy antywolnościowe lub antydemokratyczne, jak to próbowano przedstawić. 

Odrzucenie skrajności stwarza pole dla dyskusji, przy założeniu oczywiście, że wszystkim chodzi o to, by Polska była liczącym się, ważnym partnerem w Unii Europejskiej. Tak się stanie jeśli Polska przestanie prowadzić permanentny spór, bo on męczy wszytkach i nasz kraj przestaje w końcu być poważnie traktowany, ale też jeśli odrzuci hurraoptymistyczne założenie, że każdy pomysł UE jest the best, a pożądaną rolą Polski jest dbanie przede wszystkim o swój interes, a nie przyklaskiwanie większym i bogatszym w nadziei, że będziemy poklepywani po plecach i wskazywani jako prymus integracji. Rzeczowa, merytoryczna debata o Unii Europejskiej i jej przyszłości prowadzona przez Warszawę i z perspektywy Warszawy nie może być torpedowaniem wszystkich zmian, ale też nie może być tanim poklaskiem dla wszystkich zmian, które proponują inni. Warszawa powinna wreszcie zająć postawę środka, tj. akceptowania zmian słusznych i koniecznych, krytykowania i odrzucania zmian najzwyczajniej głupich i niebezpiecznych, a przede wszystkim powinna zacząć przedstawiać własne plany przyszłości Unii, a nie tylko być pudłem rezonansowym dla pomysłów  francuskich i niemieckich. Żeby tak się stało  Polska musi jednak przyjąć jedno podstawowe założenie, które z perspektywy naszego kraju nie jest wcale takie oczywiste.  Mianowicie, że Unia Europejska nie jest czymś względem Polski zewnętrznym czy obcym, ale  czymś czego od prawie 20 lat Polska jest integralną częścią. Z tym skorelowane jest kolejne założenie, mianowicie to, że Polska powinna wreszcie zacząć traktować Unię nie jako cel sam w sobie, ale środek do realizacji celów strategicznych jakie nasz kraj sobie wyznacza. Wydaje się, że brak akceptacji dla tych skądinąd oczywistych warunków powoduje permanentne kłopoty Polski w Unii Europejskiej, którymi są albo prowadzenie sporu  w nieskończoność, albo przyjęcie roli klakiera oklaskującego spektakl, w którym główne role grają inni.

Facebook
YouTube