Spór zwolenników federalizacji Unii Europejskiej ze zwolennikami państw narodowych tworzących Europę konfederacyjną politologicznie ujmować należy w kategoriach sporu zwolenników koncepcji imperium złożonego ze słabych tożsamości narodowych ze zwolennikami państw narodowych. We współczesnej polityce jest to linia sporu ważniejsza niż tradycyjne kłótnie liberałów z socjalistami i konserwatystów z liberałami. W epoce globalizacji i integracji pankontynentalnej dyskusja polityczna i światopoglądowa zdominowana została przez zwolenników globalizmu „dużego” (zjednoczenie świata) lub globalizmu „małego” (zjednoczenie kontynentu w postaci tzw. wielkiej przestrzeni, niem. Großraum) ze zwolennikami zachowania i obrony państw narodowych. Przy tym sporze tradycyjne linie dyskusji wydają się coraz bardziej tracić na znaczeniu. W tym układzie, co może być paradoksem, przedstawicielom prawicy narodowej zaczyna być bliżej do lewicy narodowej niż do prawicy federalistycznej. Identyczne zjawisko obserwujemy na lewicy, dzielącej się na segment narodowy (póki co zdecydowanie słabszy) i na segment europejski czy kosmopolityczny.

Mało kto spośród polityków śmie to nam dzisiaj wprost i jasno powiedzieć, lecz projekt federalny Europy i istniejące dotychczas państwa narodowe nie mogę ze sobą współistnieć. Punktem spornym jest problem suwerenności i wiążący się z nim najwyższy punkt politycznej lojalności. Bardzo często mówimy dziś, że jesteśmy równocześnie Polakami (ew. Francuzami, Hiszpanami czy Niemcami) i Europejczykami. Chcemy przez to rzec, że nie widzimy sprzeczności pomiędzy tożsamością narodową i europejską. Ale to nieprawda! Taka podwójna tożsamość może funkcjonować tak długo, jak długo pomiędzy państwem narodowym, którego jesteśmy obywatelami, a Unią Europejską nie pojawią się znaczące spory i antagonizmy, wynikłe z różnych interesów, wizji rozwoju i idei. Niestety, idylle mają to do siebie, że zawsze kiedyś się kończą, zwykle ze względu na sprzeczne interesy polityczno-ekonomiczne, ujawniające się w sytuacjach kryzysowych.

Weźmy przykład aktualny. W pierwszej połowie 2023 roku, to Unia Europejska chciała wymusić na Polsce poszanowanie własnego modelu „praworządności” i niezależnego sądownictwa, podczas gdy Polska przyjmowała na swoje potrzeby zupełnie inne pojmowanie tych samych pojęć. Mieliśmy spór, w wyniku którego Parlament Europejski przyjmowały liczne rezolucje wymierzone w Polskę, a Komisja Europejska zamraża wypłaty funduszy, dopóki sprawa nie zostanie uregulowane wedle zachodniego wyobrażenia czy też unijnej definicji praworządności. W tej sytuacji Polak, który równocześnie jest i Europejczykiem, musi się opowiedzieć po którejś ze stron konfliktu. Obywatel polski ma tutaj dwa kryteria wyboru: 1) dla bardzo nielicznych osób, rozumiejących merytoryczną istotę sporu, rozstrzygającym może być rzeczywista preferencja dla określonego modelu praworządności i sądownictwa; 2) dla zdecydowanej większości obywateli, która nie jest zainteresowana istotą sporu, nie bardzo rozumie o co w nim w ogóle chodzi merytorycznie i nawet w niego nie wnika wychodząc z założenia, że nie ma on dla ich życia żadnego znaczenia praktycznego (bo w istocie nie ma), był to spór pomiędzy Polską  a Unią Europejską. Powtórzmy raz jeszcze: poza naprawdę bardzo wąską grupą prawników dla ogółu obywateli polskich jest to spór na poziomie pomiędzy Polską a Unią Europejską, gdzie techniczne detale nie mają żadnego znaczenia w opowiedzeniu się po którejś ze stron. Przy tym spór ten jest na tyle gorący, że od każdego zainteresowanego polityką i świadomego obywatela wymaga opowiedzenia się po którejś ze stron: albo za własnym państwem narodowym, albo za Unią Europejską.

Jakkolwiek rzadko się to tak przedstawia, to w istocie jest to spór o prymarną i najważniejszą tożsamość, tj. polską czy unijną? Spór o tożsamość jest zarazem konfliktem lojalności politycznych, sporem o to, która z nich ma charakter prymarny: jesteśmy najpierw lojalni wobec własnego państwa narodowego i jego rozumienia „praworządności”, czy wobec Unii Europejskiej i „praworządności” w interpretacji TSUE i Komisji Europejskiej? Jakkolwiek UE formalnie jest tylko organizacją międzynarodową, to opowiadający się tym sporze po jej stronie de facto traktują ją jako swoją (większą) ojczyznę, której mniejsza ojczyzna musi się podporządkować. Prawnicy ujmują ten problem jako spór między narodową „tożsamością konstytucyjną” a podobną tożsamością europejską, opierającą się na pewnej interpretacji „praworządności”, stworzonej przez Komisję Europejską i sądownictwo europejskie (której definicji brak w traktatach tworzących UE).

Spór o tożsamość prymarną i o najwyższy punkt lojalności politycznej organicznie łączy się z dyskusją o federalnym lub konfederacyjnym charakterze przyszłej Unii Europejskiej, gdy na naszych oczach toczy się i nabiera rozpędu dyskusja nad jej ewentualną federalizacją. Nie jest kwestią przypadku, że polskie siły polityczne stojące w tym sporze po stronie zasady państwa narodowego opowiadają się za koncepcją Europy Ojczyzn i niechętnie odnoszą się do tendencji federalnych (PiS, Suwerenna Polska, Konfederacja). Jak się można spodziewać, sprawę przeciwnie widzą te partie polityczne, które uznają europejskość za tożsamość prymarną, a Unię Europejską za punkt najwyższej lojalności politycznej. Popierają one stanowisko unijne nie tylko ze względu na wrogość do przeciwnego obozu politycznego (co także ma niebagatelne znaczenie), lecz także dlatego, że wspierają rozwiązania mniej lub bardziej zaawansowanego federalizmu, którego elementem miałaby być daleko idąca unifikacja prawa unijnego i sądownictwa (Koalicja Obywatelska, Polska 2050, Lewica, Partia Razem).

Niestety, konstatacjami tak zaawansowanymi rzadko kończą się debaty i analizy dotyczące stosunku polskich sił politycznych do problemu postulowanego modelu integracji europejskiej. W dyskusjach polityczno-medialnych dominuje argumentacja stricte prawnicza, której ogół wyborców nie rozumie i dlatego (błędnie) sprowadza cały spór do wojny o sądownictwo między polskimi ugrupowaniami politycznymi i o to „czyje będą sądy”. My jednak uważamy, że powyższa analiza nadal jest niewystarczająca. Nauki o polityce i nauki prawne wymagają czegoś więcej, a mianowicie ujęcia problemu w charakterystyczne dla nich kategorie pojęciowe. W istocie spory o stosunek Polski do Unii Europejskiej dotykają fundamentalnych pojęć prawno-politycznych, które w nauce pozostają zaniedbane od dłuższego czasu: imperium i państwa narodowego.

Czym jest imperium? Popularnie kojarzone jest z wielkim państwem, określanym przez specjalistów od stosunków międzynarodowych mianem mocarstwa lub wielkiej potęgi (ang. great power). W literaturze politologicznej pisanej przez badaczy imperiów („imperiologów”) wskazuje się, że imperium jest czymś więcej niż tylko państwem o dużym obszarze i złożonym z wielu narodów. Imperiolodzy zwolennikom takiej prostej popularnej definicji zadają chętnie dwa pytania: 1/ złożone z wielu narodów? To znaczy z ilu, aby państwo wielonarodowe uznać za imperium? 2/ mające duży obszar? Jak duży, aby uznać państwo za imperium?

Odpowiadając na te pytania trudno wyznaczyć nie tylko precyzyjne, lecz nawet i przybliżone wartości liczbowe dotyczące nacji i grup etnicznych czy też minimalnej powierzchni. Dajmy przykład: powstała po I Wojnie Światowej Jugosławia (do 1929 roku oficjalna nazwa: Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców) miała w swoim składzie siedem narodów zamieszkujących zwarte i prawnie wyodrębnione własne terytoria (Serbowie, Macedończycy, Albańczycy, Chorwaci, Słoweńcy, Węgrzy i Bośniacy), z których pięć to narody słowiańskie (Jugosławia w języku serbsko-chorwackim znaczy Południowa Słowiańszczyzna). Była ona przy tym największym państwem na Bałkanach w okresie międzywojennym. Mimo to nigdy nie uznawano jej za imperium bałkańskie, czyli za imperium regionalne. Jeszcze większa od Jugosławii i istniejąca od Średniowiecza po koniec 1918 roku Austria (od 1867 Austro-Węgry) właściwie także nie była nigdy uznawana za imperium, i to pomimo tego, że Habsburgowie całkiem legalnie nosili koronę imperialną. Austrię uważano tylko za wyodrębnioną administracyjnie i rządzoną przez oddzielną dynastię część znacznie większego imperium w postaci Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (rozwiązanego oficjalnie w 1807 roku pod naciskiem Napoleona).

Dlatego współcześni imperiolodzy uważają, że imperium – poza znacznym obszarem i wieloetnicznością, co jest wymogiem potęgi dla której uzyskania jeden naród jest zbyt słaby – charakteryzuje jeszcze kilka cech:

1/ Misyjność. Każde imperium twierdzi, że reprezentuje wyższą cywilizacją (religię, ideologię), co daje jego elitom moralny i polityczny obowiązek cywilizowania wszystkich dookoła na swój sposób. Elity imperialne uważają, że ludzie cywilizowani to obywatele imperium, jak też i ci sojusznicy, którzy przyjęli jego modele kulturowe, religijne lub ideologiczne. Kiedyś uważano, że na świecie w tym samym czasie może istnieć tylko jedno imperium, gdyż tylko jedna kultura może być najwyższa, jednak wraz z nowożytnymi odkryciami geograficznymi zdano sobie sprawę, że ze względów komunikacyjnych nikt nigdy nie zapanuje nad całym światem, gdyż jest zbyt wielki, a trudności komunikacyjne są zbyt duże.

2/ Podmiotowość. W normalnym porządku światowym każde państwo jest równe w świetle prawa międzynarodowego i zasada ta uważana jest za rzecz niepodlegającą dyskusji. Istnieją regionalne potęgi i mocarstwa, co wynika z liczebności ich armii, siły gospodarki czy demografii, etc, jednak przewaga ta nie zostaje usankcjonowana przez prawo międzynarodowe. Istnieje w praktyce, lecz nie zna jej teoria prawa międzynarodowego. Tymczasem imperium sprawuje władzę sformalizowaną, wprost i otwarcie nie uznając za równych sobie sąsiednich państw, roszcząc sobie prawa do mieszania się w ich sprawy, a wszystko to z racji swojej (prawdziwej lub urojonej) wyższości cywilizacyjnej.

3/ Granice. Państwa mają starannie wytyczone granice. Dany obszar należy albo do jednego, albo do innego państwa, gdy imperia dzielą się na centra i peryferie. Te drugie składają się z prowincji zarządzanych z centrum bezpośrednio i państw sojuszniczych. Stopień kontroli przez centrum jest bardzo różny: od pełnego (prowincje), po jedynie politykę zagraniczną, kwestie militarne i wyznawaną publicznie religię/ideologię (wasale).

W literaturze mamy sporo dość głośnych rozpraw prawno-politologicznych przedstawiających zjednoczoną Europę jako nową postać imperium. Wymienić tutaj możemy tak różnych autorów jak Richard Coudenhove-Kalergi (chrześcijański demokrata), Carl Schmitt (konserwatysta), Adriano Romualdi, Robert Steuckers i Jean Thiriart (eurofaszyści), Guillaume Faye (identytarysta), Philippe Defarges (politolog o nieznanych nam barwach politycznych), Ulrich Beck i Edgar Grande (socjolodzy bliscy SPD), Jan Zielonka (liberalny prawnik), Guy Verhofstadt (lewicowy liberał) i Bruno Le Maire (centrysta). Zostały one napisane przez autorów rekrutujących się od socjaldemokratycznej lewicy po eurofaszystów. W tym miejscu dodajmy, że w tym ostatnim środowisku to temat wyjątkowo popularny, ze względu na chęć zbudowania imperium, które stawi czoła amerykańskiej hegemonii.

Wszyscy autorzy, których wymieniliśmy uważają, że: 1/ Europejczycy osiągnęli najwyższy poziom cywilizacyjny, dzięki przyświecającym im ekscepcjonalnym wartościom (definiowanym bardzo różnie, od lewicowo-kosmopolitycznych po neonazistowskie); 2/ Imperium Europejskie musi być tożsamością i lojalnością polityczną prymarną w stosunku do tworzących je dotychczasowych państw narodowych; 3/ granice imperium są i będą płynne, ponieważ zaprasza ono w swoje szeregi nowych członków, uznając państwa kandydujące za moralnie stojące wyżej od tych, które do członkostwa nie aspirują (dodajmy: nie aspirują, gdyż nie podzielają wyższych imperialnych wartości) lub nie są do niego zapraszane. Zgodnie z tą logiką, każdy zwolennik imperium europejskiego, opisanego w wyżej wymienionych pracach, musi uznawać Unię Europejską za: 1/ najwyższy podmiot lojalności; 2/ tożsamość europejską za prymarną w stosunku do narodowej; 3/ cywilizację europejską za szlachetniejszą od lokalno-narodowej. Logika imperialna wymaga, aby na przykład we wzmiankowanym wcześniej sporze o praworządność i sądownictwo między Polską a Komisją Europejską jednoznacznie opowiedzieć się po tej drugiej stronie.

Stąd nasz pogląd, że w sytuacji krytycznej obywatel Polski (i każdego innego państwa członkowskiego UE) potencjalnie może zostać postawiony w sytuacji albo albo – musząc uznać prymarność albo tożsamości narodowej, albo europejskiej. W ślad za tym określeniem idzie decyzja o wyborze pierwszej lojalności politycznej. To nie pierwszy taki wybór Europejczyków w naszej historii. Gdy poszczególni władcy europejscy w XVI wieku dokonywali apostazji z Kościoła katolickiego i ogłaszali, że któreś z wyznań protestanckich od tej chwili staje się konfesją państwową, to już wtedy w Anglii, Szwecji czy w księstwach Rzeszy chrześcijanie stawali przed wyborem pierwszej lojalności wobec państwa lub Kościoła powszechnego (ówczesna idea jedności europejskiej). W XX stuleciu tysiące zachodnich komunistów stawało przed wyborem lojalności albo wobec własnego państwa narodowego albo wobec partii komunistycznej, której polecenia wydawał Stalin z Moskwy za pomocą kanałów komunikacyjnych Kominternu. Carl Schmitt te wybory lojalności wobec państwa albo Kościoła (XVI wiek) oraz państwa albo ideologii (XX wiek) uczynił esencją swojego pojęcia polityczności, wchodząc w wielką polemikę z internacjonalizmem proletariackim leninistów o podmiot podstawowej lojalności politycznej.

Dziś stajemy, lub możemy w każdej chwili stanąć, przed podobnym wyborem pierwszego podmiotu lojalności: państwo narodowe czy rodzące się imperium europejskie? Stąd nasze stanowisko, że obydwie te instytucje na dłuższą metę nie są zdolne do pokojowej cohabitation. Zwycięstwo idei Europy-imperium wymaga podporządkowania sobie państw narodowych, a następnie ich osłabienia i rozmycia tak, aby w ludzkiej świadomości nigdy już nie mogły stać się podmiotem konkurencyjnej prymarnej lojalności. Zwolennicy Europy federalnej mają tego pełną świadomość, nawet jeśli z rzadka tylko ośmielają się to tak zupełnie wprost zakomunikować swojemu elektoratowi. Unia Europejska nie może koegzystować z państwami narodowymi, dlatego musi je rozwodnić na mniejsze elementy składowe, które nie aspirują i nie mogą ze swojej natury aspirować do stania się najwyższymi lojalnościami politycznymi, ponieważ wytwarzają słabsze tożsamości.

Facebook
YouTube